PUBLICYSTYKA / 2010 / II PÓŁROCZE

Michał Malitowski & Joanna Leunis

Każdy potrzebuje trenera

Dodano: 2010-11-16 | 04:01:48


W ciągu niespełna dwóch lat, w parze z Joanną Leunis obronili tytuł Mistrzów Świata, zdobyli Puchar Świata oraz wygrali prestiżowy turniej w Blackpool. O otwieraniu się na różne style tańca opowiada nam Michał Malitowski.


Nie tak dawno, w Blackpool, pokonaliście 55 par. Jakie to są emocje?

Wszyscy lubimy być kochani i uwielbiani. Jest w tym jakaś próżność, że chcemy być akceptowani przez większość. To miłe, że wygrywamy, i że jest to jednomyślna decyzja i sędziów, i publiczności.

Na czym polega Wasza słynna harmonia  ciała i duszy w tańcu?

Wprawdzie funkcjonujemy na różnych poziomach, ale potrafimy ze sobą współpracować podczas występu. Oczywiście niezbędne jest przygotowanie fizyczne, bo ciało jest naszym podstawowym medium, ale gdy jesteśmy w złym stanie emocjonalnym i psychicznym, to występ będzie niepełny i czegoś w nim zabraknie. I odwrotnie, gdy ciało jest zmęczone, to choć bylibyśmy w świetnej formie psychicznej, taniec będzie daleki od doskonałości.

Na tej jedności opiera się metoda Ruuda Vermeya, waszego guru?

Ruud to bardzo ciekawa postać. O nim napisałem pracę magisterską. Kiedy zacząłem tańczyć z Joanną, przeprowadziłem się do Amsterdamu, gdzie prowadził szkołę i od tego czasu jest moim mistrzem. Zawsze lubił być kilka kroków przed wszystkimi, co bardzo nam odpowiada. W latach 90. przełamał jeden z największych stereotypów tańca towarzyskiego, że najważniejsze w tańcu to ładnie wyglądać. To właśnie on zaczął mówić o tym, jak mocno ruch jest związany z naszą psychiką. Ruud wie, jak prowadzić tancerza prywatnie, osobiście. Prowadzić w taki sposób, żeby wydobyć z niego to, co jest najlepsze.

Niektórzy nazywają go szamanem...

Jest raczej, powiedzmy, dziwolągiem. Nie był dobrym tancerzem, więc został choreografem i nauczycielem. Wymyśla i aplikuje do tańca różne teorie i pomysły, ale jeśli coś nie działa na parkiecie, to się tym więcej nie zajmuje. My zdobyliśmy tytuł mistrzowski, pracując głównie z nim. To m. in. dowodzi, że jego metody przynoszą rezultaty. Ma taką dewizę, że wszystko musi pracować w rytmie cza-cza. Ale największą jego zaletą jest otwartość: otwiera się na różne drogi myślenia, trenowania i udowadnia po prostu, że jest skuteczny.

Czy ludzie, którzy są świetnymi trenerami, choreografami i tancerzami, potrzebują jeszcze trenerów, czy są samowystarczalni?

Wszyscy potrzebują jakichś trenerów i nikt nie jest samowystarczalny.

Ale podobno wy jako para jesteście właśnie samowystarczalni, wymykacie się spod kontroli trenerów. W czym w takim razie ich słuchacie, a w czym ufacie już tylko intuicji?

Już jako początkujący tancerz nie miałem wątpliwości, że muszę się wszystkiego nauczyć sam, że najlepszym trenerem muszę być sam dla siebie i samodzielnie muszę znaleźć odpowiedzi na wiele pytań. Z biegiem lat tylko się w tym utwierdziłem. Jednakże jestem też otwarty na wszelką pomoc i uczę się od wielu ludzi. To jest tak: wiem, jaką mam drogę, ale jestem otwarty na pomysły, wskazówki. Pracujemy z różnymi choreografami i nauczycielami. Naszym mentorem jest Ruud, i to z nim wspólnie podejmujemy decyzje końcowe dotyczące naszego występu. Pozostali stanowią drugoplanowy team.
Nie postawiłbym również w ten sposób problemu, że albo posłuch i kontrola innych, albo własna intuicja. Każde moje spotkanie z trenerem, nawet moim mistrzem, jest pewnym stopieniem się wizji. Zakładam nawet, że dochodzi do prawdziwego spotkania, gdy ściera się mój własny i jego punkt widzenia. To oznacza, że ani nie mogę i nie powinienem abstrahować od siebie samego, ani oczekiwać, że druga strona zrobi to samo. Innymi słowy, zmierzamy do wspólnego poglądu, do którego nie doszlibyśmy w pojedynkę. Ale to z kolei oznacza, że ja też muszę przyjść na to spotkanie, na zajęcia, przygotowany
– przygotowany do zadawania pytań, na które, dzięki rozmowie z trenerem
– mam szansę znaleźć odpowiedzi.

Michał Malitowski & Joanna Leunis

Mnóstwo tancerzy łączy się w pary tylko po to, żeby osiągnąć sukces. To smutna kwintesencja tańca sportowego. Ambicja, wynik, sukces, pieniądze.
Czy można tańczyć w parze tylko sportowo, wyczynowo? Czy bez wzajemnej miłości można osiągnąć mistrzostwo?


Bez wzajemnej miłości między partnerami? Oczywiście (śmiech)! Ja miałem tylko dwie partnerki. Z pierwszą, Iwoną Golczak, wychowaliśmy się w tym samym bloku w Zielonej Górze, traktowałem ją jak siostrę i żadnego innego związku między nami nie było. Dobre partnerstwo w tańcu bardziej polega na lojalności, nie miłości. Zawsze staram się ulepić coś z tego, co mam. Nawet, jak coś nam nie wychodzi, to żeby pomyśleć o zmianie partnerki, muszę być pewny, że to już naprawdę ślepa uliczka, że dla dobra mojej partnerki i mojego, trzeba się rozstać.
Teraz tańczę z Joanną. Prywatnie, raz jesteśmy razem, raz nie. Dla tańca jednak, nie ma to żadnego znaczenia. Absolutnie.
Ale mógłbym też na to pytanie odpowiedzieć w podobny sposób, w jaki mówiłem o spotkaniu z nauczycielami i trenerami. Parze tanecznej nie potrzeba wzajemnej miłości, ale wspólnej i spójnej wizji. Taniec to taki nieustanny dialog, który zakłada wzajemną fascynację i chęć zgłębiania tajemnicy, jaką jest sposób widzenia drugiej osoby. 

W swoich choreografiach opowiadacie pewne historie z życia czy wchodzicie w abstrakcyjne figury?

Zwykle staramy się wyjść od jakiejś historii, opowiadającej o kobiecie i mężczyźnie. O tym, co dzieje się między nimi. Ale to taniec i ruch są najważniejsze i to na nich się skupiamy. Chcemy, żeby były jakością samą w sobie, wręcz niezależną od muzyki i żeby ta historia tańca i ruchu sama mogła się obronić. Taniec oddziałuje na mózg w sposób trudny, nawet niemożliwy do wytłumaczenia. Powinien dać publiczności coś więcej, niż tylko wizualną przyjemność. Taniec to przeżycie. Musi pozostać tu pewna tajemnica.

Powiedz, na ile szukacie inspiracji u źródeł: jeżeli rumba to oczywiście Kuba, jeżeli tango argentyńskie, to Buenos Aires i dzielnica kolorowych domów?

Wszystko jest interpretacją. Nie ma czegoś takiego, jak oryginalna łacina w tańcu towarzyskim. To, co my tańczymy, to jest styl międzynarodowy, turniejowy. Nasza rumba, to nie jest rumba, którą widzimy na Kubie. Tam na rumbę mówią bolero. To jest to tempo. U nas rumba jest bardziej zbliżona do cza-czy. To zasługa angielskich książek – Doris Lavelle i Waltera Laird’a. Oryginalny kubański ruch bioder (niski i raczej w poziomie) trzeba było zmodyfikować. Zaczęliśmy skakać.
Od lat natomiast pracujemy z Kubańczykami, chociaż z nimi ciężko się pracuje w Europie - mają tu straszną depresję. Wspierają nas też Hiszpanie, specjaliści od flamenco z Madrytu. Niedługo będę pierwszy raz na Kubie. Tak więc jestem mistrzem świata w tańcach latynoamerykańskich, a nigdy tam nie byłem (śmiech).

Kto Wam pomaga w wyborze kostiumów, odpowiedniego makijażu?

Wygląd tancerzy na parkiecie to kolejny stereotyp. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego tańczące dziewczyny muszą się smarować samoopalaczami?
Uważam, że to obrzydliwe. Tak się przyjęło, że musi być mocny makijaż, silna opalenizna, wysokie obcasy. Walczymy z tym, ale nie jest łatwo. Wprawdzie, jak się porówna nasze stroje teraz, z tymi sprzed kilkunastu lat, to jest zdecydowanie lepiej. Są bardziej eleganckie i glamour. Projektują dla nas ludzie, którzy
naprawdę się na tym znają, na przykład Vesa w Londynie, który nawiasem mówiąc sam był kiedyś tancerzem.

Występujecie w Japonii, Chinach, Hongkongu. Pamiętasz zaskakującą sytuację, z któregoś z odwiedzanych krajów?

O tak, w każdym z nich coś takiego miało miejsce. Podczas naszego pierwszego show w Japonii była zupełna cisza, zero owacji. Myśleliśmy, że coś jest nie tak, ale szybko wyjaśniono nam, że nassi widzowie w ten sposób okazują szacunek. Żadnych telefonów, rozmów, pełne oddanie temu, co się dzieje. To była mała, kameralna impreza. Z kolei w Chinach tańczyliśmy na ogromnym, wypełnionym po brzegi stadionie, z dziesięć tysięcy ludzi. Gdy nas zapowiedziano, był taki wrzask i owacje, że nie mogliśmy tańczyć, bo nie było słychać muzyki.
Natomiast w Hongkongu występowaliśmy dla tamtejszych bogaczy, którzy podczas naszych występów rozmawiali przez telefon i to co działo się na scenie mieli, krótko mówiąc, w nosie.

Kariera tancerza jest krótka. Myślisz o tym, co dalej? Założysz szkołę?

Na razie poświęcamy się w stu procentach temu, co robimy. Wszystko musimy temu podporządkować. Nie wyobrażam sobie życia bez tańca, ale też wyobrażam sobie życie bez turniejowego tańca.
To będzie musiało się skończyć. Osiągnąłem włąściwie wszystko w sportowym wymiarze tańca, ale w wymiarze artystycznym i rozwojowym mam jeszcze sporo do zrobienia, do odkrycia. Szkoląc pary, układając choreografię, możliwości jest mnóstwo. Nie myślę o otwieraniu szkół. Daję pokazy i uczę praktycznie na wszystkich kontynentach. Mój biznes nie jest więc lokalny, tylko globalny. Jestem Polakiem, ale moja pozycja jako tancerza jest o wiele większa w Japonii, Hongkongu, Chinach. Na nasze zajęcia przychodzą setki tancerzy, wykłady prowadzimy dla niewyobrażalnej liczby par. Jeżeli myślałbym o biznesie, to prawdopodobnie na tamtym rynku.


Źródło:
PLACE FOR DANCE magazyn dla fanów tańca
Wydanie pierwsze - wrzesień 2010.

Publikacja jest wynikiem współpracy między
TWIST SERVICE Portal Taneczny a
PLACE FOR DANCE magazyn dla fanów tańca.

Dziś jest
6 grudnia 2021

LUDZIE TAŃCA, SYLWETKI